Świetny, obszerny wywiad z Romanem Koseckim. Uśmiałem się sporo, a dowiedziałem jeszcze więcej.
http://sport.onet.pl/pilka-nozna/reprezentacja/ciagle-ostra-kosa,1,3182788,wiadomosc.html
piątek, 5 marca 2010
środa, 17 lutego 2010
Oderwany od rzeczywistości
- Ale żeby kurwa do 5 rano!? - zaklął szpetnie, po czym położył się spać, kręcąc z niedowierzania głową jeszcze bardziej szpetnie. Ale o co w ogóle chodzi? Dawno, dawno temu, kiedy na Podkarpaciu żyły jeszcze dinozaury, a ogórki nie były objęte unijnymi normami długości, kształtu i koloru, zacięty bój na śmierć i życie stoczyły ze sobą dwie gry: Quake 3: Arena i Unreal Tournament. Ten pierwszy - całkowicie piekielny, ten drugi - całkowicie niebiański. Po środku tego pojedynku stanąłem ja, z pobożną chęcią rozłupania niezliczonej ilości kanciastych czerepów. Jak wiadomo jednak, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane i tak właśnie stanąłem po stronie krwistoczerwonych "Wstrząsów". To, co działo się później, to temat na inną historię. Puentą tej historii jest jedynie to, że pierwsza część Nierealnego Turnieju jakoś do mnie nie trafiła. Sprawa nieco się zmieniła, kiedy do moich rąk trafiła najpierw wersja oznaczona numerkiem "2003", a później "2004". Nie wiem, ile godzin zarwałem na graniu w to wredne, wciągając cholerstwo, ale liczyłoby się to zapewne w grubych setkach godzin.
- Edek, chyba się na deszcz zanosi... deszcz krwi
Jakże zatem jestem uszczęśliwiony, mogąc po dwóch latach od wydania dorwać w swoje rączki toto oto coś: Unreal Tournament 3. Z pewnością każdy zna to uczucie, kiedy człowieka ogarnia moc tzw. "sentymentu". Chwila, w której się uśmiecha i robi lekko zboczone "echhh...". Taką właśnie onomatopeje wydusiłem z siebie już w pierwszych sekundach kontaktu z tą grą. Niewiele się tu zmieniło, co wielce i niespodziewanie mnie akurat cieszy. Poza grafiką, która jest dla oka prawdziwą ucztą, doszły jakieś tam nowe tryby rozgrywki i sposób przedstawienia wątku dla pojedynczego gracza. Dalej jest jednak prymitywny jak sterta kamieni pod siatką u sąsiada, ale tak właśnie ma być. Śmieszą mnie w tym przypadku wieczne lamenty recenzentów, którzy na każdym kroku wytykają słabość Single Playera w grach nastawionych na Multi. Panowie, nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru zapierdalać po planszy z Rocket Launcherem, pociągając wajchy, przesuwając pudełka i rozwiązując brazylijskie zagadki kryminalne. Jakbym chciał dobrej fabuły czy kinowego prowadzenia akcji, to zagrałbym sobie w Mafie, albo od biedy Duke Nukem Forever... chwila, że co? A, mniejsza z tym.
Wojna Światów?
No. I tak sobie właśnie przehulałem całą noc na toczeniu piany z pyska, malowaniu ścian flaczkowymi ornamentami i - jakby to ujął Kapitan Bomba - napierdalaniu z karabina. Nie ma sensu wznosić się tu na wyżyny elokwencji - ta gra to istna rzeźnia, w dodatku z - nomen omen - nierealną wręcz oprawą graficzną. Czy trzeba czegoś więcej, żeby podrażnić moje lamerskie jestestwo? Nie wiem, ale po paru godzinach wyjętych z życia muszę przyznać, że mało która gra potrafiła mi dostarczyć tyle wrażeń w tak krótkim czasie, będąc do tego najzwyklejszą w świecie nawalanką.
Przystanek: śmierć
PS
Nie, to nie miała być recenzja, gdyby się ktoś jeszcze nie pokapował.
sobota, 23 stycznia 2010
Poranna pielęgnacja
Oj pośmiałem się dziś, pośmiałem :)
A tak już całkiem serio: No i co? Chłopak nagrał sobie film, opowiadając czego tam sobie nie używa do ceremonii mycia i upiększania swojego ciała. Balsamy, nawilżacze, kremy, perfumy, domestosy... wróć, tu już zahaczam o higienę intymną czelabińskich dzierlatek. W każdym bądź razie, wolno mu? Wolno, gdyż żyjemy w - co by tu nie mówić - wolnym kraju. A że jest przy tym dosyć komiczny? Też mu wolno. Jest zakręcony, ale w ten pozytywny sposób. Coś a la Gracjan Roztocki, tylko bez tęczowych majtek i koszulki - rozmiar S.
Czemu o tym piszę? Bo jak widzę na necie w co drugim komentarzu porcję przelewanych żali, pretensji, wyzwisk i obelg pod jego adresem, których nawet nie ma sensu tutaj przytaczać, to oczom nie wierzę. Dla mnie koleś może być gejem, transwestytą, kosmitą, androidem z przyszłości czy samym tęczowym jednorożcem. Dopóki nie wtrąca się w moje życie i nie jest osobą publiczną (bo jednak jest jakaś różnica między Jasiem-co-ma-swój-amatorski-kanał-na-YouTube a przykładowo Jacykowem, który każdemu dookoła zarzuca brak gustu w doborze ubrań, a sam ubiera się jak szczau-z-dupy-na-poziomkowej-łące), to może sobie nawet tulipana (*) do fiuta przywiązać i machać nim przed lusterkiem w rytmie rżenia Joli Rutowicz, nie obchodzi mnie to. Zawsze jest magiczny "krzyżyk" w prawej górnej części ekranu. Jak się komuś nie podoba, sugeruję, aby tam właśnie udać się kursorem i przywalić w lewy przycisk. A jeśli już pokusa udowodnienia sobie i całemu światu, że jest się lepszym i "normalniejszym" jest tak wielka, aby wyrazić to obelgami w komentarzu, bo jakiś koleś ma fioła na punkcie higieny, to mogę tylko współczuć.
To się oczywiście odnosi do wszystkich takich indywidualności, nie tylko do tego kolesia.
Oj Ludu Mieszka z zakompleksionej Katolandii i z zerowym dystansem do samego siebie, daleko ci jeszcze do cywilizacji.
No... to cześć, pa pa ;)
(*) Kogo tuli? (To taki różowy do-w-cip...)
sobota, 16 stycznia 2010
2009 w czopku

Nareszcie znalazłem trochę czasu żeby to napisać. Najwyższa pora zrobić małą retrospekcję minionych dwunastu miesięcy. A cóż się działo w 2009 roku? Całkiem sporo, bo i zaatakowała nas niesamowicie krwiożercza świnia, zwana grypą, bezczelnie zabita została ikona muzyki pop, odkryto wodę na Księżycu, Barca zdobyła wszystko co możliwe, rozbłysnęła gwiazda Justyny Kowalczyk, polska reprezentacja odpadła w walce o Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, Buzek został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, Kaczyński podpisał traktat lizboński, zniesiono w Polsce obowiązkową służbę wojskową, zima zaskoczyła drogowców, a Samoa wprowadziło ruch lewostronny ;)
Jeśli chodzi o moje doświadczenia, postanowiłem je poukładać tematycznie. Być może w przyszłości ułatwi mi to czytanie tego wpisu i uporządkuje wspomnienia. W zasadzie bowiem chyba tylko dlatego to piszę.
Muzyka:
Jak zwykle przytrafiło się kilka okresów, w których miałem totalnego bzika na punkcie wyszukiwania czegoś nowego. Niestety nie był to tak obfity dla mnie rok jak poprzedni. Zacznę od tego, co inni zawsze zostawiają na koniec (w linkach przykładowe piosenki na YouTube).
Niespodzianka roku:

Pisałem o niej całkiem niedawno tutaj. Zupełnie przypadkiem trafiłem na niemiecki Dark Age i jego nową płytę – Acedia. Przyznać muszę, że to kawał dobrego materiału, odbiegający nieco od kanonów i zawierający w sobie całkiem sporą dawkę pozytywnej energii. Widziałem różne recenzje tej płyty, pisane przez różnych ludzi. Fani klasycznego death metalu mieszali ją z błotem i wystawiali najniższe oceny, inni uznawali ją za solidną płytę z paroma świetnymi momentami. Ile ludzi, tyle opinii. Dla mnie była przede wszystkim powiewem świeżości. Nie znałem Dark Age wcześniej, nie czekałem na tę płytę, nie miałem o niej zielonego pojęcia, a gdy wyskoczyła zza rogu jak Filip z konopi, łyknąłem ją bez zająknięcia. Na tym właśnie polega cały urok niespodzianek.
Odkrycia:

Prócz wspomnianej niespodzianki roku, na tym polu wyróżnił się chyba tylko Obscurant. Totalnie obskurny melodic death metal, z wokalem tak niezrozumiałym, że tekstów piosenek nie znalazł nawet sam wujek G. A jeśli on czegoś nie znajdzie, znaczy, że to nie istnieje. Stwierdzam zatem, że to nie wokal, a nowy instrument stworzony z poskręcanych ogórków kiszonych i polewy mlecznej, a sam zespół stworzony został z myślą o karaoke. Nie zmienia to faktu, że miażdży cycki.
Na słowo wspomnienia zasłużyła jeszcze rosyjska Dominia – bardzo ciekawy MDM z nietypowymi wstawkami smyczkowymi i… Samael. Tak, ten Samael, a raczej jego industrialny okres. Wcześniej jakoś nie mogłem się przekonać, ale tym razem poszło gładko. Tak nawiasem mówiąc, nowa płyta wydana właśnie w 2009 zupełnie mnie nie chwyciła. Monotonna i wszystko tam na jedno kopyto.
Nowości:

W 2009 roku na świat przyszły nowe dzieci fińskich gigantów metalowych brzmień – Amorphis i Insomnium. Płytka tych pierwszych – Skyforger – okazała się absolutnym majstersztykiem. Napisałem jej recenzję, więc nie będę się powtarzał. Dzieło znakomite i ostatecznie w moim odczuciu płyta roku.
Więcej natomiast oczekiwałem od płyty Across the Dark, mojego ulubionego Insusia. Czekałem z wypiekami na twarzy, z odciskami na tyłku i wgnieceniami dookoła uszu (od słuchawek), a dostałem… bardzo dobrą płytę. No właśnie, tylko tyle i aż tyle. Insomnium jest tym zespołem, który trzema wydanymi płytami usadowił się w moim rankingu na absolutnym szczycie melodycznego metalu śmierci. Gdyby ktoś spytał mnie kiedykolwiek o definicję tego gatunku muzyki, powiedziałbym tylko jedno słowo – Bitter End. Wydaje mi się jednak, że Finowie, wspinając się na ten szczyt w tak krótkim czasie, zapomnieli o trampolinie i wyżej już chyba nie polecą. I tu jest właśnie problem, bo utrzymać się na szczycie jest ciężko i można się łatwo poślizgnąć. Across the Dark to kawał świetnej muzyki z tej najwyższej półki, jednak czegoś mi tutaj brak. Wstawki z czystym wokalem sygnalizują, że coś zaczyna się zmieniać. Czy na lepsze? Być może za kilka albumów, tak jak było w przypadku In Flames („skończył się na Clayman”), da się powiedzieć, że „Insomnium skończył się na Across the Dark”? Nie sądzę. Nie zmienia to jednak faktu, że najlepszy utwór na płycie, to półtorej minutowa końcówka Equivalence, intro, z którego mogłoby powstać coś całkowicie zapierającego dech w piersiach, chociażby pokroju In the Groves of Death. Te właśnie półtorej minuty odzwierciedla to, czym tak naprawdę urzekł mnie ten zespół.
Co poza tym? Australijski Be’lakor ze swoją drugą płytą – Stone’s Reach. Niesamowity zespół, który przy wydaniu kolejnej tak dobrej płyty jak dwie pierwsze, może stanąć w szranki z wyżej wspomnianym Insomnium! Zróżnicowane, bardzo ciekawe kompozycje z nietypowym, szorstkim wokalem, niepowtarzalnym klimatem i zaskakującymi wstawkami. Czysta poezja i prawdziwa uczta dla fanów takiego rodzaju muzyki. Eargazm.
O duży pozytyw otarłaby się też zapewne nowa płyta Ensifeum - From Afar, gdyby nie fakt, że nie miałem po prostu ochoty na tego rodzaju muzykę przez pewien okres. Ocenę zostawiam więc na kiedy indziej. BTW - teledysk do From Afar według mnie jest kompletna porażką. Ta piosenka ma takiego kopa, że mogłaby zmienić kierunek obrotu księżyca wokół ziemi, a tymczasem przybrana poza wokalistów w teledysku i ich jałowa statyczność wręcz ogłupiaja. Wygląda to tak, jakby ktoś podstawił odgłos szarży Jeźdźców Rohanu pod film dokumentalny o turkuciu podjadku.
Do pozytywów zaliczam też wydanie nowej płyty naszego rodzimego Behemotha - Evangelion. Co prawda zagorzałym fanem nie jestem, często nie słucham, aczkolwiek bardzo szanuję i cenię. Cieszę się, że ktoś taki reprezentuje nasz kraj. Cieszę się, gdy widzę pana Darskiego vel Nergala, zadowolonego z końcowego efektu i brzmienia całej płyty. Cieszę się, że Behemoth przyciągnął wreszcie uwagę polskich mediów, bo za granicą ociera się już o status grającej legendy. A tak poza tym, to teledysk do Ov Fire And The Void, zarówno wizualnie jak i muzycznie wręcz urzeka.

Po przesłuchaniu teledysku Ex Deo do Romulus – piosenki promującej debiutancką płytę wokalisty Kataklysm, myślałem, że będzie to odkrycie roku. Coś w tym jest. Całość jest dziełem naprawdę niezwykłym, zarówno pod względem muzycznym jak i merytorycznym. Myślałem jednak, że przyciągnie mnie na dłużej, a tak się nie stało. Swoją drogą - w jednej piosence wokalnie udzielił się właśnie Nergal. Spodziewałem się też więcej po nowym dziele Cryptic Wintermoon - Fear. Również i w tym przypadku moją uwagę przykuła zaledwie jedna (ale za to jaka!) ballada – One of Your Sons is Coming Home. Reszta zła nie jest, ale w porównaniu z poprzednimi płytami, kroku w przód też nie widać. Rozczarowała natomiast nowa płyta Graveworm. Nie jest to zespół łatwy do odbioru, a kierunek w jakim podążają ten odbiór jeszcze bardziej utrudnia. Przynajmniej dla mnie.
W 2010 czekam na:

Zapowiada się na to, że 2010 rok będzie wręcz ociekał świetnymi nutami. Agalloch zapowiada powrót do nieco cięższych i mroczniejszych brzmień. Za niecały miesiąc premierę będzie miał nowy album Rotting Christ, a zza horyzontu wyłania się w końcu druga płyta Wintersun. Trudne zadanie czeka zwłaszcza Jariego Mäenpää z Wintersun, który na swoim koncie ma tylko jedną płytę własną (genialną co prawda) i jedną, jako frontman wspomnianego wyżej Ensiferum. Czy da radę? Materiał jest już ponoć gotowy od długiego czasu i niewiadomą jest jedynie to, czy Jari upora się ze swoimi prywatnymi problemami. Jeśli tak, to obstawiam w ciemno, że będzie kurewsko epicko.
A dalej - nareszcie nadchodzi nowy album Slumber! Pierwsza i jak dotąd jedyna płyta jest dla mnie absolutnym ewenementem brzmieniowym. Czy po 6 latach zespół będzie jeszcze pamiętał, jak tworzyć genialną muzykę? Póki co pojawiły się na ich stronie myspace 3 próbne kawałki. Dodam, że o dosyć zaskakującej aranżacji. Wygląda na to, że można się spodziewać sporo mrocznego ambientu spod znaku gęsiej skórki i przyznam, że bardzo mi się to podoba.
To oczywiście nie wszystko! Nowymi dziełami uraczy nas Catamenia, Dark Tranquillity, Kalmah, Shade Empire i być może również Noumena.
Tak naprawdę liczę jednak na to, że zostanę pozytywnie zaskoczony czymś nowym. Życzę sobie, aby 2010 rok był pełen muzycznych niespodzianek, kolejnych odkryć i ciekawych zwrotów akcji.
Polityka:

W tym roku zupełnie przeszła mi bokiem. W zasadzie wszystko to, co mnie jakoś ruszyło, opisałem na blogu.
Miałem to napisać w osobnym temacie wcześniej, ale że nie było czasu, to w skróconej wersji napiszę to teraz. Avatar!!! Udało mi się go pooglądać przed samym końcem roku. Powiem tylko tyle - chrzanię malkontentów :) Historia jest powszechnie znana, powtarzana i dosyć prosta, ale to dla mnie akurat niczego nie zmienia (co ciekawe, Cameron miał w głowie wizję tego filmu jeszcze przed powstaniem chociażby Pocahontas, do której jest porównywany Avatar, ale zdecydował się poczekać na moment, w którym technika w pełni pozwoli na jego nakręcenie – i chwała mu za to). Ten film nie powstał po to, aby zagłębiać się w meandry zawiłości, tylko po to, aby dać się porwać w świat Pandory i zapomnieć o naszym szarym skrawku galaktyki. Tak też i ja nie poszedłem do kina, oczekując skomplikowanej fabuły czy na siłę wepchanej oryginalności. Poszedłem po to, żeby dobrze się bawić. Tego właśnie krytycy nie za bardzo rozumieją i szczerze im współczuję. Faktem jest, że nie było jeszcze takiego, co by każdemu dogodził. Avatar nie jest filmem wybitnym, ale wnosi do kinematografii „to coś”. Ma szansę stać się tym obrazem, który wyznaczy jakąś ścieżkę dla przyszłych trójwymiarowych filmów. Po seansie wydusiłem z siebie tylko jedno zdanie: ja chcę więcej takich filmów. Jeśli będzie jeszcze wyświetlany w nieco bliżej położonym kinie, a z tego co mi wiadomo - będzie, na pewno nie będzie mi żal kasy na kolejny seans. 12 lat przyszło czekać na nowy film Camerona. Poprzedni – Titanic – ustanowił rekord w ilości zarobionych pieniędzy. Obecny – Avatar – będzie tym, który Titanica wreszcie zatopi. Zaiste Cameron to maszynka do robienia pieniędzy i uważam, że w pełni na nie zasłużył.
Co do pozostałych filmów – było kilka ciekawych, które zwróciły moją uwagę, a oto niektóre z nich:
Bękarty Wojny – Brad Pitt ponownie udowadnia, że potrafi zagrać chyba każdą rolę w sposób ciekawy i zapadający w pamięć.
Dystrykt 9 – oryginalny pomysł i niezwykłe wykonanie za wcale nie takie duże pieniądze – pstryczek w nos dla Hollywood.
Prawo Zemsty – trzymający w napięciu thriller, z ciekawą historią i świetnym klimatem.
Cały rok 2009 upłynął mi raczej pod znakiem świetnych starszych filmów, których wcześniej nie miałem o dziwo okazji pooglądać: Gran Torino, Tańczący z Wilkami, Skazani na Shawshank, Braveheart, Podziemny Krąg, Lista Schindlera, Chłopcy z Ferajny, Pulp Fiction, Wściekłe Psy.
W 2010 czekam na:
Póki co mam zaznaczone: Alicja w Krainie Czarów Tima Burtona i Ostatni Władca Wiatru. Tutaj akurat liczę na to, że dobre filmy będą się po prostu co jakiś czas pojawiały i dane mi będzie je w miarę możliwości obejrzeć.
Prywatnie:
Jak każdy rok, 2009 miał swoje wzloty i upadki. Z tych jaśniejszych stron – udało mi się zdobyć wykształcenie wyższe i zdobyć zadziwiającą formę pracy, w co nie do końca jeszcze wierzę. Poza tym sprawiłem sobie wreszcie nowego kompa. Strony szare, to rozpoczęcie kolejnego etapu kształcenia. Szare dlatego, bo mam już coraz mniej chęci na powtarzanie w kółko nudnych regułek. Dość mam polskiego systemu oświaty, szarych murów i pierdolniętych ludzi, którzy nigdy nie powinni zostać dopuszczeni do nauczania innych. Moja cierpliwość w tym aspekcie sięga powoli punktu krytycznego.
Ze stron ciemniejszych… Kilka wątków, w tym jeden bardzo bolesny.
A resztę pozostawię dla siebie :)
Podsumowanie:
Jak widać, sporo miejsca w moim życiu zajmuje muzyka. Na tym polu rok 2009 uważam za całkiem udany, choć czuję, że nadchodzący będzie lepszy. Rok 2009 był dla mnie swoistą przejściówką emocjonalną, w której wiele z tych emocji musiałem tłumić i nie dać im wejść sobie na głowę. Był rokiem dosyć męczącym, pełnym wyrzeczeń i momentami bardzo nerwowym.
Z drugiej strony miał swoje lepsze momenty, które na pewno pozostawią we mnie trwały ślad do końca życia. A kiedy nastąpi ten koniec? Mam nadzieję, że nie w 2010 roku. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia :)
I tym optymistycznym akcentem, czopek w...
The End
Etykiety:
Filmy,
Muzyka Ogólnie,
Przemyślenia,
Świat
czwartek, 7 stycznia 2010
I ty możesz być emo!
piątek, 25 grudnia 2009
Metal Christmas
Last Christmas
I ripped out your heart
But the very next day
I threw it away
This year
You're crawlin' on your knees
To kick in your face is my passion
Once bitten and twice shy
Just keep the distance
And you will stay alive
Tell me baby
Do you recognize this
Well, it's been a year
But I don't give a shit
I wrapped it up and sent it
With a note saying: "I hate you!!!"
Get it?!
Now you know, what hell is alike
And if you kissed my feet
I would kick in your face again
A blood-stained room
Friends with open guts
You're hiding from me
And your soul dies
You always knew I was someone to die for me
I was a wolf in sheeps clothing
I'm shattering your face with the fire in my heart
A man undercover an I tear you apart
Now i found a real love and you never fool me again
I ripped out your heart
But the very next day
I threw it away
This year
You're crawlin' on your knees
To kick in your face is my passion
Once bitten and twice shy
Just keep the distance
And you will stay alive
Tell me baby
Do you recognize this
Well, it's been a year
But I don't give a shit
I wrapped it up and sent it
With a note saying: "I hate you!!!"
Get it?!
Now you know, what hell is alike
And if you kissed my feet
I would kick in your face again
A blood-stained room
Friends with open guts
You're hiding from me
And your soul dies
You always knew I was someone to die for me
I was a wolf in sheeps clothing
I'm shattering your face with the fire in my heart
A man undercover an I tear you apart
Now i found a real love and you never fool me again
Amen :)
wtorek, 22 grudnia 2009
Wyobcowany przez Niemców...

Ponad rok temu wylęgła się maszkara, nosząca znamię kultowej serii. Potwór, którym wielu się zachwycało. Badziew, przed którym wielu upadło na kolana i śpiewało peany na jego cześć. Ślepi, naiwni głupcy.
Nie jestem recenzentem, nikt mi za opinię nie płaci i nie muszę utrzymywać się w światowej średniej, wystawiając czemukolwiek oceny. A te, w przypadku gry Call of Duty: World at War, bo o niej tutaj mowa, są... Cóż, przyjrzyjmy się im:
IGN: 9,2/10
GameSpy: 4,5/5
Gameplanet: 9/10
GameZone: 8,5/10
itd...
Ogólna średnia: 8,5/10 (na podst. 26 recenzji) (*)
Dodatkowo wspomnieć należy o 11 milionach sprzedanych egzemplarzy. Ideał? Gra perfekcyjna? Otóż nie.
Właściwie, to zupełne tego przeciwieństwo. Absolutny gniot i prawdopodobnie jedna z największych fars, jakie rynek gier komputerowych wypluł w całej swej egzystencji. Dlaczego?
Po pierwsze, jest tak nudna, że przejście jednej misji zajmowało mi średnio 2 dni, bo po każdym "autosejwie" musiałem się zdrzemnąć. Jest tak liniowa, że miałem wrażenie, jakbym grał w polskim filmie wojennym klasy B, otoczony przez pielgrzymkę upośledzonych krewetek, śpiewających niemieckie kolędy. Jak zwykle trzeba wszystko robić samemu - cały oddział za plecami robi jedynie za statystów. Przeciwnicy mają oczywiście respawna, więc w jednym miejscu można siedzieć nawet do 2012 roku i oni nadal będą wyskakiwać zza pleców. To był dobry chwyt w amatorskich produkcjach z kosza w Biedronce za 9,99, a nie w najlepszej wojennej serii na PC! Najlepszym wyjściem jest po prostu bieg. Niczym Forrest Gump - biegniemy jak najdalej, a wtedy banda idiotów - mając zaprogramowane, że musi trzymać się blisko - biegnie za nami i pięcioma strzałami pacyfikuje wszystkich. To nic, że przed sekundą naparzali milion magazynków w powietrze albo w miejsca, w których dawno już przeciwnika nie było. Ważne, że posuwamy się do przodu.
Przeciwnicy też są zresztą arcyciekawi. Z daleka potrafią urwać łeb jednym strzałem, ale z bliska nie trafiliby nawet z shotguna w Empire State Building. Zamiast tego - czym tak podniecali się wszyscy recenzenci - biegną na nas z bagnetem, krzycząc "banzaiiii!" Za pierwszym razem to było ciekawe. Za piątym nieco śmieszne. Za dwusetnym już mdliście żenujące. Rozumiem że tak to właśnie wyglądało podczas wojny na Pacyfiku z Japończykami - 5 błaznów zamiast po prostu strzelić w łeb jankesowi, biegło na pewną śmierć pod lufę miotacza ognia, niczym nadpobudliwe lemingi. Brawo.
Wszędobylskie skrypty, których namiastką były właśnie wspomniane wcześniej pielgrzymki baranów, czekających na ruch do momentu, aż wejdę w odpowiednią dziurę, zaniżają poziom tej gry do infantylnej, źle wyreżyserowanej grywałki. W poprzednich częściach czuć było pewną grozę wojny i specyficzny klimat. One też były "wyreżyserowane" skryptami, ale były porywające, szokujące, wyrywające serce przez uszy. W World at War wieje jedynie stęchlizną przeżutej , przetrawionej milion razy i wydalonej padliny. A przykłady na sztampę? Proszę:
A: - They have killed the sarge!
B: - You'll going straight to hell!
Gdybym był Japończykiem, właśnie osrałbym się ze strachu, bo Amerykanin powiedział, że pójde do piekła - zabiłem mu sierżanta. To tak, jakbym się potknął i zamiast "o kurwa!" powiedziałbym "kurka wodna, nie spodziewałem się tej nierówności terenu". A tu następny - postrzelili jednego z naszych:
"Bring the fucking doctor here..."
Wojna? Kule świszczą nad głową? Japończycy strzelają z drzew? A gdzie słynne "MEEEEEDDDIIIIICC!!!"?
Moim faworytem i tak jest jeden dialog z przerywnika na ładowanie mapy - raport o trudnej sytuacji:
A: - Status report?
B: - The last few months on Okinawa have taken their toll... Morale is low. It's the rain, sir... and the mud. Tanks are getting bogged out. Supplies aren't getting through... We can't even get the wounded out...
A: - Yes, sir... Understand...
Tak, wypowiadane właśnie takim tonem i zapisane z tymi "..." na końcu, bez wykrzykników. Dramatyzm tej sytuacji zmusił mnie do zastanowienia się nad sensem życia. Żałuję, że nie miałem pod ręką żyletek, bo miałem ochotę z rozpaczy się pociąć. Nasuwa mi się skojarzenie z wypowiedzią Jacka Braciaka w jednym odcinku "Kuba Wojewódzki Show" na temat różnicy między amerykańskim a polskim serialem. Latający Cyrk Monty Pythona nie wymyśliłby tego lepiej.
Na osobną notkę zasługuje też muzyka. Trzeba mieć naprawdę niezły tupet, aby do takiej gry dodać ostrzejsze, gitarowe riffy. Widać, że ktoś miał bardzo ambitną wizję, albo za długo grał w Painkillera. Niestety, w takich przypadkach na wizjach łatwo się przejechać. Owszem, to moje rytmy, to moja muzyka, ale, do kurwy jasnej, co ona robi w czymś, co określa się samo na końcu mianem "hołdu, złożonego 60 milionom istnień ludzkich straconych podczas tej wojny"? Czy paląc skośnookich napalmem lub odbijając szwabom ostatni ich bastion - Reichstag - naprawdę mam się wczuć w to, co widzę, słysząc muzykę metalową/rockową? Brakowało jeszcze tylko tego, żeby podczas "nocnych" misji we wtórze sypiących ogniem karabinów zabrzmiało coś na modłę "Poker Face". Kompletnie żałosny strzał w stopę, przepełniający czarę goryczy. Jeśli ktoś chce wprowadzić coś innowacyjnego do gry, to niech to robi w miejscu, gdzie to się przyda (w tym przypadku w dowolnym wybranym miejscu), a nie rozpierdalając to, co było akurat wcześniej świetne.
Poziom absurdu World at War wykroczył poza moją percepcję na każdej płaszczyźnie. To naprawdę czubek góry lodowej, bo piszę to jakieś 2 tygodnie po tym, jak tę grę skończyłem - na świeżo byłoby jeszcze więcej jadu. Właściwie, to po krótkiej sesji z tym gniotem, miałem ochotę zarżnąć każdego, kto nieszczęśliwie stanąłby mi na drodze. Tak, gry wywołują jednak agresję, ale nie tym, co przedstawiają, ale jak żałosne potrafią być. Zdążyłem trochę ochłonąć.
Tak naprawdę dopiero teraz do mnie dotarło, jak wbite w schematy i poprawne politycznie są całe rzesze redakcji pism i portali o grach, jeśli chodzi o wielkie tytuły. Bo nie czarujmy się, wielu z nich na sam wydźwięk tytułu "Call of Duty" ma w gaciach mokro. Nowy CoD? No więc z góry zakładamy, że będzie boski i że trzeba będzie rozpływać się w zachwytach, a nawet jak będzie o kant dupy potłuc, to damy tą ósemeczkę, bo się należy. Pieprzyć ich.
Call of Duty: World at War to jedna z najgorszych gier, w jakie dane mi było zagrać. Toczyłem wewnętrzną wojnę z samym sobą, aby w ogóle ją skończyć, z nadzieją, że może jednak następna misja będzie "epicka" i trąci typowym klimatem serii. Z nadzieją, że jednak jest w niej coś, co zasługuje na tak wysokie oceny. Zmuszałem się do każdej kolejnej misji, z samego jedynie szacunku dla marki, jaką wyrobiło sobie na przestrzeni lat CoD. O słodka naiwności...
Plusy:
+ Możliwość postrzelania do Niemców
+ Szybko się odinstalowuje
+ Grafika lepsza niż w Descencie ;)
+ Są gorsze gry
Minusy:
- CAŁA RESZTA
Moja ocena: 3/10 (z litości)
Giń, przepadnij i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy.
PS
A już niedługo część druga. Nie mogę się doczekać.
(*) Źródło: gamespot.com
środa, 16 grudnia 2009
wtorek, 15 grudnia 2009
1 Gołota, 1 Mateja, 1 Najman...

Nie miałem za bardzo czasu i dopiero teraz odniosę się do tego, co wydarzyło się w piątek:
Co to do cholery miało być!? To ja czekam 2 miesiące na walkę, później oglądam parę innych w TV, aby nie przegapić tej najważniejszej, a oni mi dają 44 sekundy zabawy? O kant dupy z takim show!
A tak na poważnie, to jestem pod ogromnym wrażeniem. Szarża Pudzianowskiego wywołała u mnie całkowite zapowietrzenie i ledwo byłem w stanie wydusić z siebie "o kurwa", a było po wszystkim. Oglądałem sporo najróżniejszych walk, ale tak piekielnej siły chyba w życiu nie widziałem. Owszem, w strongmenach Pudzian rzucał jakimś Pałacem Kultury czy innymi Titanicami. Jednak noszenie stali to jedno, a prasowanie nogami stukilogramowego boksera to drugie. Jak istny słoń w składzie porcelany, gdzie Najman okazał się co najwyżej podstawką pod jogurt.
Dziś czytałem, że Dominator miałby walczyć z Fedorem Emelianenką. Ktoś chyba na głowę upadł. Może za jakieś 2 lata, jak wygra jeszcze parę walk i przyswoi nieco techniki, bo chyba każdy przyzna, że to okładanie Najmana po jego upadku dolną częścią dłoni wyglądało co najmniej dziwnie. Fajnie by było mieć gwiazdę, a może nawet mistrza MMA w Polsce, ale droga zapewne długa i bolesna. Prawie jak "spacer farmera".
Komentator też dał czadu:
- Ależ awantura!
- Ale pizdy spadają na głowę Najmana!
Tak trzymać :)
wtorek, 8 grudnia 2009
Ku pamięci Tetrisa




Wielki Kwadratowy Wszystkorozpierdalacz :D
Źródło: http://www.viruscomix.com/page488.html
A propos tetrisa... jeszcze to xD
sobota, 28 listopada 2009
Powołani do grzechu A.D. 325 część II

Kiedyś już pisałem o czymś podobnym, ale to było na polskim podwórku i na niewyobrażalnie mniejszą skalę. Tym razem się tak nie rozpiszę, bo i po co? Szczena na podłodze... Wielu wierzących wytyka ateistom, że skoro nie wierzą, to dlaczego się tak ich czepiają, dlaczego sobie tym zawracają głowę, dlaczego wyśmiewają, itd.
I odnośnie tego właśnie mam tylko dwa pytania, drodzy chrześcijańscy krajanie.
1. Jak tego nie robić? Nie da się. Obok takiego poziomu głupoty po prostu nie da się przejść obojętnie. Tzn. można, owszem, ale nie wtedy, kiedy tak poważne sprawy zaczynają wypływać na wierzch. I znowu... I jeszcze raz... I liczby rosną już w setki. Ciężko sobie wyobrazić, ile takich przypadków jest na całym świecie, ale zapewne wolałbym nie wiedzieć. I drugie pytanie...
2. Kto inny ma to robić? Z ciemnotą walczyć trzeba. Ktoś musi to robić, bo wy od kilkunastu stuleci nie potraficie kiwnąć nawet palcem, łykając wszystko, co samozwańcy wam wciskają. I jeśli przyjrzycie się temu, jacy ludzie mieli największy wkład na rozwój w dziejach ludzkości, jakie były ich stosunki z Kościołem, jakie preferencje wierzeniowe miała i przez cały ten czas ma większość naukowców i ogólnie ludzi bardziej światłych od przeciętnej, wnioski nasuną się same. Chociaż nie, nie nasuną się, bo to jak tłuczenie łbem w Tamę Hoovera.
Wymuście na swoich "pasterzach", żeby znieśli chociaż ten celibat w trzy kurwy, niech sobie moczą legalnie, bo z was się już czasem nawet nabijać nie chce, takie to żałosne i smutne zarazem.
A pisał o tym będę nadal. Czemu? Patrz punkty #1 i #2.
PS
Za słownictwo nie przepraszam.
wtorek, 24 listopada 2009
Why So Serious?

Batman Begins
Czytając jakiś czas temu recenzję gry Batman: Arkham Asylum nie mogłem się nadziwić zachwytom, jakie wzbudziła ona w recenzencie. Moja pamięć do tego typu tworów sięga bowiem nieco dalej, niż do ostatniego filmu z nietuzinkowym Ledgerem w roli Jokera i zabarwiona jest niestety sceptycyzmem. Dlaczego?

Przyznam, że idol z dzieciństwa w pewnym momencie życia zaczął mnie nieco śmieszyć. Na taki stan rzeczy wpływ z pewnością miał film Batman i Robin, no i postać tego drugiego ogólnie. Wiem, że bardzo dawno temu (i mowa tu o całych dekadach) Człowiek Nietoperz był mniej mroczny i że postać tego irytującego pajaca w jakiś sposób do tego wszystkiego pasowała. Później jednak nastąpiła zmiana klimatu (*) i osmarkany cyrkowiec w oczojebnej zielono-żółto-czerwonej piżamie pasował tam jak świnia do siodła. No i ta sprawa z majtkami ubieranymi na wierzch. Wiem, po prostu zdziadziałem, ale nawet na Mrocznym Rycerzu zdarzyło mi się kilka razy uśmiechnąć.
Nastrojom nie sprzyjał też fakt, że do tej pory praktycznie wszystkie "egranizacje" komiksowe i filmowe (Arkham Asylum nie ma nic wspólnego z ostatnim filmem - i dobrze) nie powalały. Te drugie w dodatku były budżetówkami, wydawanymi na szybko, aby premiery zbiegły się w czasie. Tego się właśnie spodziewałem po tej grze.

Batman Returns
Niepotrzebnie. Właściwie do czego bym się w niej nie przyczepił, wszystko jest dobre lub bardzo dobre. Ba, zdarzają się tu elementy wybitne. Wszystko zaczyna się w chwili, kiedy Batman eskortuje Jokera do słynnego zakładu karnego, gdzie lądują wszyscy "wybitni" przestępcy. Tym razem coś tu jednak nie pasuje. Joker zbyt łatwo dał się złapać i dopisuje mu dziwny - nawet jak na niego - humor. Obawy te nie są na wyrost. Joker z łatwością wymyka się strażnikom, a wszystko okazuje się długo przygotowywaną pułapką na alter ego Bruce'a Wayne'a. Rozpoczyna się chora zabawa psychopaty, sterującego całym kompleksem i jego zawartością. Ta zasługuje tutaj na szczególne uznanie. Znajduje się tutaj niemal cała śmietanka towarzyska, jaką Batman wcześniej zamknął i każdy ma zamiar dorwać się do jego tyłka (żeby go skopać oczywiście). Pojawiają się m.in. Harley Quinn, Killer Croc, Bane, Trujący Bluszcz, Victor Zsasz czy kapitalny Scarecrow. Starcia z tym ostatnim zapadają na długo w pamięci, kiedy wdziera się do umysłu Batmana i... Szczegółów nie zdradzę :)
Już na pierwszy rzut oka widać, że gra prezentuje się przepięknie. O ile graficzne fajerwerki w pewien sposób oddać mogą zamieszczone screeny, o tyle wyczynów głównego bohatera nie da się już tak łatwo opisać. Ta góra mięsa jest tak sprawna, że raka spaliłby przy niej nawet Bruce Lee. Walcząc z dziesięcioma oprychami na raz czujemy się, jakbyśmy połączyli lekcję baletu i festiwal mieszanych sztuk walki.

W walce z użyciem kończyn przeciwnicy raczej nie mają wielkich szans, lecz kiedy w ich rękach pojawia się broń, otwarte starcie nie ma większego sensu. Tutaj kolejny olbrzymi atut gry - pojawiają się elementy skradanki, w których stajmy się Predatorem i po cichu likwidujemy kolejnych przeciwników. Ci, widząc co się dzieje, a nie wiedząc, gdzie jesteśmy, zaczynają świrować. Pojawiają się też elementy detektywistyczne. Batmanowi towarzyszy jak zwykle najnowocześniejsza, najbardziej batzajebista battechnologia, jaką ta batplaneta widziała. A to mamy nastawić specjalne batsensory i się gdzieś czemuś przyjrzeć, a to iść śladem przeanalizowanych wcześniej cząstek DNA ofiary, z ustawioną widocznością tylko na te najświeższe... Uśmiech parę razy się na moim ryju pojawił, bo chyba gdzieś coś podobnego widziałem.

Batman Forever!
Nie przeciągając - tak forma jak i treść tej produkcji bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły i dlatego dzielę się swoimi wrażeniami. Wspomnę tylko, że gdy ukończyłem wątek główny, okazało się, że za mną dopiero 67% gry. Wśród wymienionych przeciwników nie podałem specjalnie Człowieka Zagadki, który nie pojawia się bezpośrednio w grze, ale pozostawił na całej wyspie dokładnie 240 ukrytych bonusów i łamigłówek. Zbierając je, odblokowujemy nowe zdolności, kolekcjonujemy karty różnych postaci z komiksów, taśmy z przesłuchań niektórych czarnych charakterów i odkrywamy największą tajemnicę zakładu. Rzadko która gra potrafi bawić takimi dodatkami równie mocno, jak samym głównym zadaniem.
Podsumowując, Batman: Arkham Asylum to z pewnością jedna z lepszych gier, w jakie dane mi było zagrać, nie tylko ostatnimi czasy. W dodatku kończy się sugestywnym filmikiem, który podpowiada nam, że to nie koniec historii...

A tutaj dwa krótkie trailery, z pewnością warte zobaczenia.
(*) Od czasów genialnej opowieści Knightfall (Upadek Rycerza, lecz czyta się to tak samo jak Nightfall, czyli zapadnięcie nocy). Niejaki Bane (występuje również w grze jako jeden z bossów), dysponujący olbrzymią siłą i nieprzeciętnym umysłem uwalnia wszystkich zbirów z Arkham. Batmanowi co prawda udaje się ich ponownie złapać, ale płaci za to ogromną cenę - wymęczony fizycznie i psychicznie przegrywa walkę z samym Bane'em, który łamie mu kręgosłup i upokarza przed całym Gotham. Zniszczony Bruce Wayne porusza się od tej pory na wózku pod opieką Alfreda. To nie koniec dramatu. W międzyczasie pojawia się w mieście drugi Batman, wyjątkowo brutalny i pozbawiony skrupułów oszust...
niedziela, 22 listopada 2009
Panie Ciemności, czemuś mnie opuścił?

Za miesiąc będę się z tego wpisu śmiał i pewnie go usunę. No nic. Piszę, zanim się rozmyślę.
Mówi się, że trzeba być otwartym na nowe rzeczy. Wszechstronność i elastyczność umysłu sobie zawsze ceniłem, a szerokie horyzonty muzyczne... Dobra, tyle tematem wstępu.
Przeglądając sobie pewne mrokiem spowite czeluście sieci, natrafiłem całkiem przypadkiem na wzmiankę o jakimś zespole z gatunku - uwaga - Rap Metal. Uśmiechnąłem się i popełzałem w dalsze odmęty smrodu i zgnilizny, kręcąc głową z niedowierzaniem, czego to ludzie nie wymyślą.
Nie wiem, czy wpływ na to miało zżeranie pizzowego placka i chlanie kawy o wpół do trzeciej w nocy, ale ciekawość okazała się ode mnie silniejsza (moja wado-zaleta wrodzona) i postanowiłem, że sobie swe od kilku tygodni zespawane horyzonty poszerzę. No bo niby że jak? Rap z metalem? Myślę - koleś będzie rapował growlem (he he), to się nakryję nogami. Może wcześniej iść po jakiś tramal?
Sama nazwa zespołu nie brzmiała zbyt obiecująco. Hollywood Undead. Że Jackson skomercjalizował zastępy zombiaków, to wiedziałem, ale teraz na nich łapska kładzie Bulwar Zachodzącego Słońca? Z pewną obawą wystukałem tenże hamerykański twór na Jutubie. Nie da się zaprzeczyć, że to co zobaczyłem, nieco mnie zmroziło. Dziwne, całkiem zresztą fajne maski, machanie rękami, coś tam o cięciu się, wytatuowane chudzielce, apaszki, coś o cyckach, cipkach, piciu, machaniu wacławami... Co ja tu robię? Ci, którzy zauważyli już poniżej, że otagowałem to jako "Polecam" zapewne domyślają się, co było dalej.
Tak, pozostawiłem na chwilę uprzedzenia na boku, wdziałem maskę wespół z wyżej wymienionymi panami i postanowiłem się w to trochę pobawić. I teraz właśnie następuje przełom... Podobało mi się.
Słyszałem już gdzieś coś podobnego wcześniej. Cypress Hill? Nie no, profanacja - zbyt cukierkowe, co ja gadam. Linkin Park? Nie do końca. Bardziej LP z Eminemem na wokalu, zamiast Chestera. Slim Shady ma bowiem w swoim repertuarze kilka utworów w podobnym klimacie. A że go lubię i kiedyś zasłuchiwałem się także w Linkinach, całość przypadła mi nawet do gustu. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jakieś 10 lat temu Hollywood Undead byłoby pewnie moim ulubionym zespołem, ha ha! Brzmią dla mnie świeżo i ciężko mi tę muzykę do czegoś porównać. Zapewne też każdy, kto to przeczyta, już o nich wcześniej słyszał. Wybaczcie zatem, żem zaciemnion w takich sprawach, ale MTV i inne tego typu dziwadła oglądałem ostatnio jakieś 5 lat temu.
Teraz tytuł tego wpisu nabiera głębszego znaczenia. I być może pierwsze zdanie jakie napisałem znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości. Trudno, u ha ha - powiedział wiszący na suficie nietoperz, obsrywając sobie głowę - takie życie.
Aha, bym zapomniał. Natknąłem się na pewien komentarz, w którym ktoś tam określił HU jako Metallicę dzisiejszych czasów. Pozwolę sobie ustosunkować się do tego pod tym linkiem.
A teraz idę się pociąć ;)
Nasze Polskie Bezkrólewie

Tadaaammm! Powróciłem. Albo mi się wydaje, albo zaniedbałem ostatnio tego bloga. Ostatnio => przez 4 miesiące. Mógłbym co prawda szukać jakichś wymówek, ale nie o tym miałem pisać. Wiele się przez ten czas wydarzyło i małe podsumowanie huknę może pod koniec roku (o ile po tej notce nie zrobię sobie przerwy na kolejne 4 miechy, ha ha!).
Donaldó Tuskó wpadł dziś na, jak mu się zdaje, genialny pomysł - zniesienie powszechnych wyborów prezydenckich! Pomysł arcyciekawy, biorąc pod uwagę fakt, że i tak nie ma na kogo w tym kraju głosować. Wyobraźmy to sobie - Lud (*) by sobie spoczął, obejrzał na spokojnie niedzielną Familiadę, Jakąś Tam Melodię, urządził na spokojnie grilla, itd. Czyż to nie piękny scenariusz?
To nie wszystko! Potraficie sobie wyobrazić oszczędności Państwa? Ostatnie wybory prezydenckie kosztowały ponad 227 mln złotych, a w komisjach obwodowych zasiadło ok. ćwierć miliona osób. (**) Nie wspomnę o hekto-litro-tera-bajtonach zbędnej makulatury, która, zamiast być teraz przerabiana na srajtaśmę, mogła sobie nadal gdzieś tam rosnąć. Chociaż... może teraz brzmię jak zielony terrorysta; wymażcie ten ostatni argument.
Dość zachwytów, czas ponarzekać. Kpina iście galaktyczna - tak bym to określił. Po to właśnie ktoś obrywał po gnatach przez kilkadziesiąt lat, aby teraz Zenek Mucha mógł w tę niedzielę sobie pójść i zadecydować o losach kraju, wybierając swojego prezydenta. I wielki człon komu do tego, na kogo on zagłosuje i czy w ogóle zagłosuje. To właśnie cały urok demokracji. Pomijając nawet fakt, że cały ten bajzel jest iluzoryczny, bo przeciętny człowiek nie ma pojęcia, skąd się biorą ci kandydaci, kim oni są, czego chcą i czy mają coś w głowie. Przeciętny człowiek ogląda jedynie telewizję i widzi, kto struga z siebie większego durnia. A że dla rolnika głupa struga inteligent, to będzie głosował na "swojego". I vice versa. Niech każdy kto głosował spojrzy w lustro i powie, czy przeczytał chociażby program partii, na którą głosował, czy odbywało się to na zasadzie kolesiostwa i wyboru "mniejszego zła"?
Ja się osobiście przyznaję, że należę do tej ostatniej kategorii. Czas jednak mija, różne rzeczy się dzieją i zastanawiam się, czy to było faktycznie to mniejsze...
Anyway - z niecierpliwością czekam na czasy, kiedy Cyrk przy Wiejskiej zapadnie się pod ziemię, a na jego miejscu wyrośnie nowy, taki z kompetentnymi klaunami. Bo polityka cyrkiem będzie zawsze. Ja jednak klaunów zmieniłbym na błaznów i przywrócił Polsce reprezentatywnego króla. Takiego, który autentycznie byłby charyzmatyczny, mądry i błyskotliwy. Takiego, który miałby częściową władzę wykonawczą. Który pojechałby w dyplomację i wziął się za łby z innymi "królami". Kraj zaczął by przypominać to, czym był dawno temu i czym powinien być. Naród powinien mieć charakter, a póki co, to nie za bardzo wiadomo o co chodzi i każdy sobie rzepkę... z Tuskó na czele.
(*) Specjalnej Troski.
(**) Źródło: http://wiadomosci.polska.pl/
niedziela, 26 lipca 2009
Society...
It's a mystery to me
We have a greed with which we have agreed
You think you have to want more than you need
Until you have it all you won't be free
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
When you want more than you have
You think you need
And when you think more than you want
Your thoughts begin to bleed
I think I need to find a bigger place
'Cos when you have more than you think
You need more space
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
There's those thinking more or less, less is more
But if less is more how you're keeping score?
Means for every point you make your level drops
Kinda like it's starting from the top, you can't do that
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
Society, have mercy on me
I hope you're not angry if I disagree
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
We have a greed with which we have agreed
You think you have to want more than you need
Until you have it all you won't be free
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
When you want more than you have
You think you need
And when you think more than you want
Your thoughts begin to bleed
I think I need to find a bigger place
'Cos when you have more than you think
You need more space
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
There's those thinking more or less, less is more
But if less is more how you're keeping score?
Means for every point you make your level drops
Kinda like it's starting from the top, you can't do that
Society, you're a crazy breed
I hope you're not lonely without me
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
Society, have mercy on me
I hope you're not angry if I disagree
Society, crazy and deep
I hope you're not lonely without me
piątek, 10 lipca 2009
Wild Wild East

Nie cieszyć się, nie umarłem jeszcze. Za mało czasu ostatnio, żeby się zmusić do napisania czegoś na blogu. Poza tym, albo mi się wydaje, albo jakiś sezon ogórkowy nastał. Nawet portale ostatnio unikają zamieszczania durnych tytułów artykułów, albo ja po prostu nie mam szczęścia i takowych nie widzę. A może to już jesień nastała? Jesień życia mego? Zdziadziałem całkowicie ostatnio i mało co mnie w ostatnich wydarzeniach denerwuje. Ok, pomijając telenowelę z Cugier-Kotką, bo ta zadziwia już na każdym froncie - po idiotycznym spocie dla PiSu i rzekomym pobiciu przez policjantów, teraz pijana (i ciężarna ponoć) wchodzi do sądu i żąda rewanżu już na progu - tłukąc ochronę, czy tam, co tam, kto tam... stoi sobie. Nieważne. Istotny jest fakt, że skandalistka to z niej raczej żadna, ale zatrudnienie jej okazało się dla Partii Braci Mniejszych strzałem w stopę.
Co poza tym? Kilka nowych opracowań na Joe Monster, które zajmują całkiem sporo czasu i stąd te pustki w tymże, jakże, azaliż, może i blogu. Rozbawiła mnie możliwość stworzenia swojego komiksu politycznego na stronie: komiks.pluru.pl Jednego sobie nawet amatorsko wykombinowałem (klik), ale to już dla wtajemniczonych (przynajmniej w małym stopniu) w polskie realia pluralis POPiS majestatis i nie tylcis.
Wszędzie pełno teraz Bruna (kolejne wcielenia Saszy Barona Cohena). Nie każdy pewnie wie, ale ta postać pojawiła się po raz pierwszy na ekranach w 1998 roku. Mam nadzieję, że pełnometrażowy film okaże się lepszy od tych starych skeczów, ale to czas pokaże.
Ali G rzekłby: "Westside is the best", ja powiem, że mam ostatnio "bardzo dziki wschód", ale pożegnam was i tak boratowym: "High Fiveeee...!"
niedziela, 5 lipca 2009
Smacznego!

Około pięć tysięcy bażantów padło w wyniku pożaru bażanciarni w Barczy koło Kielc - poinformował rzecznik świętokrzyskiej straży pożarnej Arkadiusz Wesołowski.
Kryzys przyszedł, ludzie mniej jedzą, mniej kupują, a z bażantami trzeba coś zrobić. No dobra, nic nie sugeruję. Była niedawno ta bażanciarnia ubezpieczona? Ok, koniec. 5000 bażantów to już liczba dosyć pokaźna, więc bez żartów.
Nie piszę jednak o tym jednak dlatego, że niezamierzone grillowanie ptactwa jest ewenementem na skalę światową, ani dlatego, że mam zamiar interweniować w Amnesty International. Moją uwagę zwróciły przede wszystkim komentarze do tego newsa, a zwłaszcza jeden:
"5.5 bażanta na metrze kwadratowym, to od samego tarcia mogły się zająć. " - Pastorał Kiszony
...
Poległem przy tym absolutnie... tu jeszcze kilka:
"Ludziska, Barcza zaprasza całe Kielce na grilla
ale mi wyszło, pierwszy raz w rzyciu" - wiesiek
"Na rynku mogą pojawić się okazyjne bażanty z rożna.
Trzeba być ostrożnym przy zakupie" - wrb
"Widziałem ten pożar!
Jeden z ptaków wyróżniał się wśród innych, wynosząc ranne na własnych skrzydłach. Odkładał je w bezpieczne miejsce i wracał po następne. Normalnie bohater. Inny, któremu spłonęły jajka, brał wodę do dzioba, nadymał się i próbował walczyć z - nomen omen - czerwonym kurem. Niestety oba obserwowane egzemplarze poległy [*] [*]" - jackoo
"kurde a mialem isc na glazurowanego bazanta do restauracji" - prezes kurtyka
"I po ptokach..." - lisek
"A czemu POdpalili ? Co im bażanty przeszkadzały?" - erni
"Za głupio PISkały" - Baranom STOP
Dziękuję panom za poprawienie mi humoru. Na prawdę na onetowców zawsze można liczyć :)
PS
A tu mój nowy artykuł na JM: 10 gier, w których nie chciałbyś się znaleźć!
środa, 1 lipca 2009
Kilka zmian

Wyjaśniam o co chodzi. Po pierwsze, Kącik Szokujących Wieści zapewne już tutaj nie zawita. Od wczoraj przeniósł się na stronę Joe Monster i tam postaram się go współtworzyć.
Moje pierwsze wypociny tutaj: http://www.joemonster.org/art/11866/Jak_wielkie_portale_robia_nas_w_balona_V
Swoją drogą, dziś pojawił się drugi artykuł, w którym dane mi było zamoczyć nieco palca, brzydko mówiąc. Do przeczytania tutaj: http://www.joemonster.org/art/11880/Miejska_demolka_ostatniego_kowboja_Ameryki
I prawdopodobnie nie będzie to mój ostatni tekst, jaki pojawił się na JM, no ale przyszłość pokaże.
Po drugie zaś, zabrałem się w końcu za alternatywnego bloga, utrzymanego w nieco innych klimatach. O czym będzie? Po szczegóły odsyłam zainteresowanych tutaj: http://in-the-groves-of-death.blogspot.com/
A żeby mądrze zakończyć, napiszę: Habet duos testiculos et bene pendentes.
:x
wtorek, 30 czerwca 2009
Księże biskupie, orła trzymasz w...?

Narzekał na wszystko i na wszystkich. Miał pretensje, że ludzie mało dawali na tacę. Stwierdził, że podobnymi nominałami, czyli niskimi, podcierano się w toalecie w czasie budowy plebani.
Jak spadać, to z wysokiej ambony! Księżulo postanowił pojechać ludziom po całości, wspominając ich po nazwiskach i wygarnąć, że za mało dawali na tacę. Brawo, przynajmniej jeden szczery, który wytoczył na pierwszy plan cały sens uczestniczenia we mszy. Mnie 20 lat doświadczenia w byciu katolikiem wystarczyło, abym zauważył, że księżom podczas mszy morda najbardziej uśmiecha się właśnie podczas zbierania kasy. Taca - kasa - kasa - taca - więcej kasy - większa taca... Sialala, nieskończona piosnka trwa, hej, siup, cztery.
Zdziwiony jestem jednak wielce. Nie wiedziałem, że ludzie w Pomorskiem są tacy hojni. Banknoty? Nieźle. Z tego, co pamiętam, u nas dominował w większości bilon. No ale województwo bardziej takie chyba biedne, więc może dlatego. W każdym bądź razie nie miał ten ksiądz tak źle z tym podcieraniem. Dopiero by grzmiał, jeśli przyszłoby mu się podcierać złotówką, albo groszówkami! A propos - czy podcieranie tyłka czymś, na czym jest godło państwowe w postaci orzełka, nie podpada pod jakiś paragraf? W każdym bądź razie - z tą złotówką przypomniała mi się scena z Człowieka Demolki i słynnymi muszelkami w ubikacji.
"Nie zapraszajcie mnie na wesela czy pogrzeby, bo i tak nie przyjadę. Może co najwyżej do dwóch, trzech osób" - uniósł się dumą na koniec swej "posługi kapłańskiej", strzelając focha iście wiekowego. Szkoda, że nie podwinął sutanny i nie pokazał wszystkim, gdzie ich ma i gdzie lądowały ich niskie nominały. Dla takiego show aż sam bym się do kościoła kiedyś wybrał. Tak więc, jeśli jakiś ksiądz przez przypadek natrafi na ten wpis i chciałby podzielić się ze światem szczerością, przestać robić dobrą minę do złej gry i ukazać prawdziwy sens swej posługi, niech da mi znać. Z chęcią przyjdę, popatrzę i za drobny procent pomacham nawet krzyżem na drogę.
Amen.
Obrazek u góry:
Jan Styka - "Kazanie św. Piotra w katakumbach"
niedziela, 28 czerwca 2009
System of a Down - Chop Suey!

Pierwszy mały jubileusz blogowy - wpis nr 50. Wypadł akurat na niedzielę, czyli z założenia dzień Kącika Muzycznych Sentymentów. Dobrze się zatem składa, bo dziś będzie notka o zespole dla mnie szczególnym.
System of a Down jest dla mnie tym, czym ogień był dla ludzkości - od tego wszystko zaczęło się na poważnie. Szóstego dnia stworzenia, kiedy płyta "Toxicity" ulepiona została z gliny, o muzyce metalowej wiedziałem tylko tyle, że jest dziełem Pana Ciemności, brzmi jak sałatka z jajkiem i groszkiem po zakrapianej imprezie (bluuarggghh...) i nie wolno się do niej zbliżać. O jakże zbłądzonym był, Lordzie Destrukcji Śmietankowej, Inkarnacjo Pluszowego Jelita Grubego...
Fenomen tego zespołu polega chyba na tym, że potrafi nieść swoją muzyką pewien wyjątkowy przekaz, oscylując wokół metalu, a jednocześnie trafić w ucho muzycznego laika. Zresztą, sami określali* swą muzykę nie jako metal, a... soil - coś nowego. Powiedzenie "wyjątkowy przekaz" na pewno nie jest przesadzone. Utwory SoaD przepełnione są bowiem ukrytymi aluzjami, alegoriami, grą słówek, filozofią i podtekstami. Tego nie uświadczy się u pierwszych lepszych grajków. Albumem "Toxicity" wybili się na sam szczyt (pogo pogo pogo...!), co obrazuje całkiem wymownie pozycja w ścisłej czołówce najczęściej słuchanych zespołów na portalu Lasf.fm.
A jeśli chodzi o mnie - tak jak wspomniałem, od tego się zaczęło. Większość swą przygodę z cięższą muzyką zaczyna od takich firm, jak: Metallica, Iron Maiden, KAT (w Polsce). Mnie się poszło z innego przystanku i droga jest wciąż przyjemna. System of a Down, mimo, że już rzadziej przeze mnie słuchany, ma pewne miejsce wśród pierwszej trójki, którą darzę największym sentymentem. Amen... [wzdycha]
* W czasie przeszłym, bo, póki co, zespół jest w rozsypce. Kwestia wspólnego grania w przyszłości pozostaje jednak otwarta, a czas pokaże, czy coś z tego wyjdzie.
PS
Zaczynając tworzyć tego bloga dwa miesiące temu, myślałem, że wymięknę po tygodniu, może dwóch. Heh, jakoś nawet zleciało...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










